subskrypcja: Wpisy | Komentarze

Komiks jak za Gierka

2 komentarze

Obiecałam pociągnąć za język wątek komiksów …

Niestety (lub stety), sporo im zawdzięczam. Paradoksalnie jednak, gdy widzę jak starszy Syn czyta komiksy to niekoniecznie budzi to mój zachwyt. Na szczęście czyta też całe mnóstwo innych, wartościowszych książek więc jego Mamcia ( i zarazem Najwyższa Izba Kontroli) nie musi nastawać na  jego swobody czytelnicze i zakazywać przebywania w świecie nieco tandetnych obrazków.

Za moich czasów (jakże oryginalny początek wspomnień!), komiks był jednak  jakimś kołem ratunkowym. W mieście, w którym miałam umiarkowane szczęście się narodzić, trwał w najlepsze komunizm z całym krajobrazem swej przaśności i szarości. Ludzie byli wspaniali ale system i widoki na przyszłość  groziły trwałym rozkładem chęci pożycia sobie w takim świecie. Oczywiście wszyscy przywódcy państwowi kochali wtedy dzieci, ale zauważali je dopiero gdy te wręczały  kwiaty na dożynkach i akademiach ku czci. Całe szczęście, że w 1989  Joanna Szczepkowska przegnała socjalizm z telewizora. Przy okazji muszę (bo inaczej się uduszę) nadmienić , że 2 piętra pode mną mieszkała Magda Wójcik czyli Goya (piosenki „Smak słów”, „Tylko mnie kochaj” etc) a do podstawówki i liceum chodził ze mną Kuba Badach (tak, ten muzyk i mąż O.Kwaśniewskiej). Wszędobylski beton i szarość były naprawdę trudne  do zniesienia, nawet dla dziecka urodzonego w nie za wielkiej płycie. Cokolwiek kolorowego pojawiło  się w mieście tak małym i właściwie fabrycznym, z miejsca rzucało się w oczy. Kolekcjonowałam wszystko co było choć trochę kolorowe: znaczki , historyjki z gum „Donald” i pazłotka ze słodyczy. Żałosne, prawda ? Wiem , wstyd mój na dzieci i prawnuki moje. Ale zrozumcie … myśmy byli skazani na peerelowski Shawshank , nas ratował z marazmu długopis z 4 kolorowymi wkładami a co dopiero  chiński, kolorowy piórnik.

Głód obrazka, głód koloru, którego bynajmniej nie mogły nasycić znoszone kilogramami książki z biblioteki, ani tym bardziej czarno-biały telewizor Unitra, (który  nagrzewał się jeszcze dłużej niż nasze kaloryfery) przywodził o rozpacz. I nagle znalazł się w moich rękach  „Świat Młodych”, a z nim ostatnia strona z odcinkiem kolorowego  komiksu (tzn. 5 kolorów na krzyż ale to była obfitość jak z fajerwerków). Pamiętam, że to były „Przygody Jonki, Jonka i Kleksa” z tomu „Porwanie księżniczki”. Muszę przyznać, że gdy po  …dziestu  latach, poczułam w rękach ten sam komiks, zobaczyłam te same obrazki, przy których zapikało wtedy moje 6-letnie serce to … myślałam że dostanę zawału melancholii. Żadna to literatura, kreska prosta ale i akuratna dla smarkatych adeptów tej sztuki. Humor w tym ledwie zipał ale jednak dychał,  przygody za to  galopowały toteż pierwsze zetknięcie z komiksem było dla mnie jak lot dreamlinerem.

„Więc tak też można opowiadać ?? Ale jak to czytać?? W kolumnach z góry na dół ? od lewej do prawej? a może na ukos? To czemu innych książek tak  nie robią! Zmarnowałam 6 lat życia i dopiero teraz dowiaduję się że istnieje coś takiego??”- tak mniej więcej wyglądał mój strumień świadomości w pierwszej, pamiętnej chwili.

I znów muszę urwać opowieść bo nie sądzę żebyście mieli aż tyle czasu.  Martwię się, że w tym roku nie dojdę do meritum opowieści o komiksach. Szykuje się więc kolejny odcinek wspomnień. A na koniec mój rysunek sprzed 15 laty. MW_00020I to jest właśnie przaśne świadectwo tego, że poniekąd wychowałam oczy na komiksach.

Za to później lądowałam udanym telemarkiem w odwiecznej i wykwintnej zazwyczaj  sztuce kaligrafii.

  1. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku (poprawiam się :) )
    „Świat Młodych” to chyba rzeczywiście pierwsza fala (dla mnie też) komiksów w Polsce. W zasadzie podobały mi się nawet takie gnioty jak Tajfun (ze swoimi podróbami aniołków Charliego). Ale Kajko i Kokosz, Tytus, Orient Men – znakomici. Kleksa Szarloty Pawel raczej do drugiej ligi bym zaliczył, podobnie jak trochę bezczelnie podrabiającego Lucky Luke’a Binio Billa, ale wtedy łykało się ich jednym tchem. Jako drugi był znakomity „Relax”, gdzie swój skromny debiut miał taki hicior światowy jak Thorgal i w ogóle było tam wiele fajnych graficznie komiksów (np. Bionik Jaga – nic nie rozumiałem, a i tak wydawał mi się wspaniały). Równolegle czytało się propagandowe (kogo to wtedy obchodziło, ważne, że były kryminalne) Żbiki i Podziemny front, gdzie Gwardia Ludowa rozprawiała się z niemiecką armią, a von Kniprode knuł z Monachium osłaniany przez zgniły zachód. Gdy ojciec kolegi z podstawówki przywiózł z Węgier komiks, który miał chyba z 500 stron (cały czarno-biały) z nabożeństwem i w ciszy grupowo oglądaliśmy go godzinami, starając się zgadywać, co mówią postacie (węgierski znaliśmy raczej SŁABO).
    Pozdrawiam (zgadzam się, że o komiksach można długo)

    • Małgorzata Wołczyk says:

      Dzięki!!
      Znać eksperta po drugiej stronie(serio!). Chyba oddam Panu parę wpisów, żeby temat usystematyzować i wzbogacić.Z wolna zmierzam w stronę moich komiksowych ulubieńców, których Pan wymienił. Jakże mogłam zapomnieć o Binio Billu (ten ze szczęką do pasa, prawda?)Poza tym bardzo Panu pozazdrościłam tego węgierskiego wydania. Gdyby mnie to spotkało w dzieciństwie z pewnością nie poszłabym na filologię polską ale na węgierską.
      Pozdrawiam serdecznie!